Aleksja, moja córka ...
Składam poniższe świadectwo w obecności Boga i polecając siebie Duchowi Świętemu; nie przemilczając niczego, co według mnie może być ważne, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że moje słowa nie są w stanie wypowiedzieć łask, którymi Bóg w Swej dobroci obdarzył duszę Aleksji, a którym ona była w każdym momencie wierna.
Gdy przywołuję na myśl wspomnienia związane z moją córką Aleksją, pierwsze odczucie, jakie mi towarzyszy to to, że była ona w naszym życiu ogromnym darem od Boga.
Owszem, to prawda, że dla jej edukacji i wychowania, Pan Bóg posłużył się nami - jej rodzicami i rodzeństwem, niczym narzędziami, jednak pewne jest również to, że Aleksja z wielką łatwością przyswajała to wszystko, co było związane z życiem religijnym i pobożnością i w sposób natychmiastowy wcielała to w życie. Czyniła to swoim do tego stopnia, że bez niczyjej sugestii podejmowała nowe akty pobożności, które świadczyły o jej miłości do Maryi i Jezusa. Gdy klękała przed Tabernakulum powtarzała: "Jezu, spraw bym, zawsze czyniła to, czego Ty chcesz". Nadała też imię swemu Aniołowi Stróżowi, by móc łatwiej zwracać się do niego.
Byłyśmy ze sobą bardzo zżyte i myślę, że znałam moją córkę do głębi, gdyż ona sama zawsze pokazywała się taką, jaka była, z całą prostotą i szczerością. Podczas owych dziesięciu miesięcy jej choroby byłam przy niej bez przerwy obecna, zarówno w ciągu dnia, jak i podczas nocy. Był to podarunek od Boga, za który każdego dnia Mu dziękuję.
Nigdy nie mieliśmy żalu do Boga za to, że odebrał nam Aleksję w tak młodym wieku. Przeciwnie, pomimo nieskończonego bólu, który przyniosła nam jej śmierć, i który nie ustał z czasem, jesteśmy Mu wdzięczni za to, że pozwolił nam mieć ją blisko przez piętnaście lat. Jej życie jest dla nas przykładem, a wspomnienie o niej - bodźcem dla naszego życia wewnętrznego...
...5 grudnia powiedziałam do Aleksji:
- Córeczko, jak blisko już Boże Narodzenie, wyobrażasz sobie, z jaką miłością Maryją przygotowywała rzeczy dla Jezusa? Prawda, że tak też przygotowujesz Mu swoją duszę?
Ona z radością odpowiedziała:
- Tak!
Wtedy zaczęłam snuć opowieść o tym, że jest noc Bożego Narodzenia i jesteśmy w Betlejem. Jacyś pasterze przyszli oznajmić nam, że w szopie niedaleko narodził się Mesjasz. Wszyscy spieszą do szopy, by pozdrowić Dzieciątko i złożyć mu różne dary. Aleksja jest ubogą dziewczynką i nie ma nic, co mogłaby podarować Dzieciątku, ale ona także biegnie do stajenki. W bosych stopach, nie zważając na wilgotne kamienie, biegnie i zrywa z rosnącego przy drodze ostrokrzewu gałązki z kwiatami, by podarować Jezusowi choćby bukiet kwiatów.
- Aleksjo, jaki piękny bukiet zrobiłaś. Tylko trochę kłuje, prawda?
Aleksja śmiejąc się odpowiedziała:
- Kłuje i to mocno, ale to nie ważne.
Miałam wtedy wrażenie, że ona faktycznie czuła się jakby była otoczona gałązkami kłującego ostrokrzewu, ale też, że rzeczywiście chciała ozdobić nim jeden z kątów stajenki.
Opowiadałam dalej o tym, jak dotarła w końcu do szopy i jak starannie ozdabiała ją przyniesionymi kwiatami i liśćmi ostu.
- Aleksjo, chcesz, żebyśmy poszukały mchu?
- Mchu? Do czego?
W jej głosie wyczułam zmęczenie.
- Żeby zrobić z niego miękki dywan dla Świętej Rodziny...
Słysząc to wytłumaczenie od razu odrzekła:
- A, tak.
Pomimo cierpienia, Aleksja nie zważała na zmęczenie, jeśli mogła, choć trochę przyczynić się do wygody św. Józefa i Maryi.
Początkowo wokół Aleksji byliśmy tylko my - rodzice i rodzeństwo, ale powoli pokój wypełniał się personelem szpitalnym, który z taką czułością towarzyszył jej w chorobie. Zrozumieli, że są to ostatnie chwile Aleksji i przyszli nie tyle, żeby nam towarzyszyć, ale by być blisko tej dziewczynki, która stała się dla nich kimś więcej niż kolejną pacjentką. W Aleksji było coś, co czyniło ja wyjątkową. Kilka dni wcześniej, lekarz z Kliniki - dr Frizell usłyszał od jednej z pielęgniarek:
- Przebywanie w pokoju Aleksji robi na mnie ogromne wrażenie - jak można umierać z taką radością?
- Umiera się tak, jak się żyje, a Aleksja zawsze była radosna - odparł lekarz.
Aleksja oddychała coraz słabiej i wolniej. Nie było żadnych oznak agonii, ale miało się wrażenie, że życie gaśnie w niej powoli i nieodwracalnie.
Kontynuowałam swoją opowieść, ale gdy tylko przestawałam, by nabrać powietrza, Aleksja prosiła:
- Mamo, jeszcze.
Oddech spowalniał coraz bardziej. Przeczuwając, że są to już jej ostatnie minuty powiedziałam:
- Aleksjo, chcesz wziąć na ręce dzieciątko Jezus? Matka Boża na pewno się zgodzi, bo wie, że mocno Je kochasz.
- Tak!
Mówiłam dalej:
- Widzisz, jakie jest zadowolone i jak lubi przytulać swoją buzię do twojej?
Aleksja z wyrazem szczęścia na twarzy odpowiadała:
- Tak.
Jej oddech stawał się coraz wolniejszy.
- Aleksjo, Matka Boża czeka na ciebie - powiedziałam jej. - Ona kocha cię jeszcze bardziej niż ja, chociaż nie umiem wyobrazić sobie większej miłości niż ta, jaką ja cię darzę.
Jeszcze raz potwierdziła:
- Tak.
- Córeczko, idziesz do Nieba.
- Tak - potwierdziła na nowo.
- Jesteś zadowolona?
- Tak.
- Jesteś szczęśliwa?
- Tak.
I z tym "Tak" odeszła. Zawsze używam tego wyrażenia, ponieważ w moim odczuciu przeszła z moich ramion w ramiona Najświętszej Maryi Panny, którą tyle razy o to prosiłam... Wrażenie, jakie zapamiętałam z tamtych chwil, jest właśnie takie, że Maryja już tam na nią czekała i, że Aleksja ani przez moment nie czuła się samotna. (...)