Prolog

Jan Franciszek Czartoryski przyszedł na świat 19 lutego 1897 r. w Pełkiniach k. Jarosławia (obecnie woj. podkarpackie). Był synem Witolda i Jadwigi z Dzieduszyckich. Ojciec Błogosławionego prezesował Sodalicji Mariańskiej Mężczyzn, a matka Sodalicji Pań - w pełkińskim pałacu prowadzono rekolekcje (tzw. Dzieło Rekolekcyj Zamkniętych Domu XX. Czartoryskich), a pałacowa kaplica służyła za filię kościoła parafialnego dla okolicznych mieszkańców. Atmosfera rodzinna owocowała powołaniami: starsza siostra - Anna - wstąpiła do Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny (wizytki), a dwaj bracia: starszy - Jerzy i młodszy - Stanisław zostali księżmi diecezjalnymi.

Zgodnie z panującym w rodzinie poglądem, że katolicyzm powinien łączyć się z miłością Ojczyzny, a patriotyzm z miłością Boga, bł. Michał wziął udział w obronie Lwowa w 1920 r. i wojnie polsko-bolszewickiej. Z wojennych potrzeb wyszedł w stopniu sierżanta rezerwy Wojska Polskiego, odznaczony Medalem Niepodległości, Krzyżem Obrońców Lwowa 1918-1919 i Krzyżem Walecznych.

Życie

Ewangeliczne wezwanie Chrystusa przyjął bez wahania, przekonany, że powołanie jest wielkim darem Bożym. Mając za sobą ukończone studia wyższe (inż. architekt) i doświadczenie w pracy w katolickiej organizacji akademickiej Odrodzenie, po rocznym pobycie w lwowskim seminarium, mając już lat trzydzieści, wstąpił w 1927 r., do krakowskiego nowicjatu Zakonu Kaznodziejów (dominikanie). W 1928 r. - jako brat Michał - złożył śluby zakonne, a w trzy lata później, w 1931 r. przyjął święcenia kapłańskie.

W zakonie pełnił funkcje wychowawcy braci nowicjuszy i braci studentów; rozpoczął również prace związane z budową klasztoru dominikańskiego w Warszawie na Służewie, który według zamierzeń Sł. Bożego o. Jacka OP (Adam Korybut Woroniecki, 1878-1946) miał się stać głównym ośrodkiem naukowym wszystkich prowincji słowiańskich Zakonu Kaznodziejskiego.

Ojciec Michał postrzegał wszystko w perspektywie nadprzyrodzonej. Pomimo tego, że pochodził z jednego ze znamienitszych polskich rodów nigdy o tym nie wspominał - w postępowaniu skromny, dla wszystkich przystępny. Co więcej, w zakonie podejmował się najniższych posług: bielił ściany, zamiatał korytarze i sprzątał ubikacje. Jak wspominał o. Feliks OP (Wojciech Bednarski):

Michał był dziekanem naszego roku [i] wyznaczał w soboty prace. Sobie zawsze zostawiał do sprzątania ubikacje, a był ze znanego rodu książęcego. Ja byłem najmłodszy, to mi mówił: "brat pójdzie kwiaty w zakrystii podlewać". Ta pokora była zadziwiająca. Czartoryski nie żartował, ale zawsze był uśmiechnięty. Dawał nam wzór pobożności, gdy chodzi o brewiarz czy rozmyślanie. Podziwialiśmy jego spokój. Był zawsze skupiony. Na rekreacjach Czartoryski nie dowcipkował, ale gdy ktoś inny zażartował, to się uśmiechał. Czartoryski [po przyjęciu kary dyscypliny] nigdy nie pokazywał, że go boli.

Obserwujący go mogli odnieść wrażenie, że zawsze się spokojnie spieszył. Nieugięta wola, połączona z rzadko spotykaną dyscypliną cechowała tę bardzo piękną postać: ten mąż niezmiernie surowy dla siebie, również braciom klerykom stawiał wysokie wymagania. Chciał ich przygotować do ofiarnego i odpowiedzialnego kapłaństwa, w całkowitej wierności powołaniu - koniecznie masz dużo się modlić!, radził klerykom. W 1939 r., jako magister studentów, wyjechał wraz z nimi do Krakowa.

Jestem obowiązany i powołany do ofiary, aby wydać siebie na całopalną ofiarę dla Ukrzyżowanego, z miłości i przez miłość oddać się i poddać się Mu we wszystkim całkowicie - pod koniec 1943 r. Błogosławiony coraz częściej, przy różnych okazjach, mówił o śmierci i męczeństwie: w konferencji wygłoszonej w tym czasie do ss. dominikanek z Gródka, k. Krakowa, wspomniał, że do męczeństwa należy się przygotować. Do takiego świadectwa dla Chrystusa dojrzewał i być może wiedziony zamysłem Bożym instynktownie przeczuwał taką śmierć dla siebie. Do Warszawy przybył ponownie wiosną 1944 r.

W tym miejscu otwiera się karta historii, która nie tylko łączy tę wspaniałą postać z przesłaniem naszej strony internetowej, ale powiedzie o. Michała ku chwale ołtarzy.

Przebywający w okupowanej przez Niemców Warszawie, bł. Michał udał się 1 sierpnia 1944 r. wczesnym popołudniem na Powiśle do okulisty. Tam zastały go walki uliczne - początek 62 dniowej gehenny mieszkańców Warszawy, którzy w mieście zamkniętym przez walczących, niczym pole bitwy pancernej, byli razem z nimi ostrzeliwani bombardowani i podpalani (w trakcie i następstwie walk śmierć poniosło ok. 150 tys. mieszkańców i ok. 20 tys. walczących, nie licząc strat okupanta). Nie mogąc się już przedostać na Służew, do swojego klasztoru, o. Michał zatrzymał się w zaprzyjaźnionym domu prof. Stanisława Kasznicy. Następnego dnia został wezwany do rannego i tak rozpoczęła się jego posługa w kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, przy ul. Tamka, skąd otaczał duszpasterską troską zarówno walczących, jak i mieszkańców Warszawy. Przede wszystkim odwiedzał chorych w punktach szpitalnych (w największym, u zbiegu Tamki i Smulikowskiego, urządził kaplicę). Niejednokrotnie też, dysponując sporą siłą, pomagał sanitariuszkom dźwigającym nosze z rannymi. Aby w jakimś stopniu przybliżyć sobie grozę i tragizm tamtych dni, oddajmy głos relacjom świadków:

Dni stawały się coraz gorętsze. Kościół i korytarze budynku klasztornego (oo. dominikanów [przy ul. Freta]) zamienione były w szpital. Pokotem na ziemi leżeli ranni. Gdy przechodziło się między nimi wołali "wody!". Było zbyt mało ludzi, żeby ich obsłużyć. Niektórzy wyglądali strasznie. Otwarte rany, obrażenia i oparzenia. Kiedyś przyniesiono kobietę wraz z małą dziewczynką. Ich skóra miała kolor czarny. Wydobyto je z ognia. Patrzyłem na to niemy z przerażenia. (Jan Dobraczyński)
Rannych stale przybywało. W rozmównicy [klasztoru ss. Benedyktynek Sakramentek] urządzono salę operacyjną. Warunki były prymitywne. Narkozę stosowano tylko pacjentom w szoku, innych wiązano do stołu, dając im przed zabiegiem wódkę, którą też pili lekarze i sanitariuszki, gdy upadali ze zmęczenia. Pracy był taki nawał, że właściwie personel nie miał czasu na posiłki. (s. Jadwiga OSBap)
W al. Sikorskiego leży ranny. Idziemy. Ranny był opatrzony przez sanitariuszkę i zostawiony w domu, który już się palił. Wyciągamy go na noszach. Idziemy piwnicami, nosze nie chcą się zmieścić i nie możemy wykręcić. Ranny jęczy. Odnosimy go na najbliższy punkt sanitarny: ma złamany kręgosłup. Umarł po kilku dniach (lecz nie w płomieniach, ale na łóżku, otoczony opieką lekarską i opatrzony sakramentami świętymi)...
W szpitalu mamy chora babcię z przestrzelona nogą, ogromnie cuchnącą, babcia grymasi, zrzędzi, zaduch straszny w jej pokoju... Przeniesienie całego szpitala. W małym pokoiku zrobiłyśmy kaplicę. Niestety zostawiłyśmy tam też skrzynkę z wódką. Wieczorem chłopcy [ranni] zaglądali często do kaplicy i nie lubili, żeby im przeszkadzać. W nocy jeden z tych, którzy sobie podpili, zranił się butelką w głowę. Siostra zmęczona pracą zdrzemnęła się - wywołało to wielkie wzburzenie wśród rannych i jeden z nich zwymyślał siostrę... Ranna Ela rzuca się bardzo, zrywa bandaż. Bardzo cierpi. Pyta się mnie "dlaczego ja tak strasznie cierpię, czy nie mógłby ktoś inny cierpieć za mnie?". Umarła pielęgnowana przez mnie Ela...
Mamy "wspaniałego" księdza. Cały dzień biega, nosi Komunię św. chorym do łóżek, spowiada ich, rozmawia z nimi pociesza, wlewa otuchę we wszystkich. Z jego przybyciem znika zwątpienie, wszyscy podnoszą zmęczone oczy.
Rozgrywają się tragiczne sceny. Jakiś zrozpaczony mąż, którego żona zginęła pod stosem gruzów - oskarża jednego z panów, że swoim niedbalstwem i nieostrożnością spowodowali śmierć żony. Jakąś dziewczynkę przysypało po głowę, sześciu mężczyzn odsypuję ją, a matka ciągnie ją w rozpaczy... burza na sali z powodu braku wody do picia. Chłopcy nie chcą zrozumieć, że nie byłyśmy dziś w stanie donieść wody - pod dużym ostrzałem niewygodnie jest nieść wiadra i czekać w kolejce... Brak prądu elektrycznego od dwóch dni. Brak wody. Przynoszą poparzoną łączniczkę - gorący mur posypał się na nią. Poparzona jest okropnie. Całe ręce i nogi spalone. Cierpi bardzo, majaczy rzuca się i skarży żałośnie... (Zofia Tymieniecka)
Meldunek walczącego w Śródmieściu Płd. donosił:
U mnie wybici prawie wszyscy oficerowie - straty za ostatnie 3 dni wynoszą około 100 zabitych i 300 rannych...
Tak opisywał epizod tamtych dni jeden z walczących, b. student Wydziału Lekarskiego UW:
Hanka jest łączniczką czy też sanitariuszką przy żandarmerii AK. Są tam też: siostra Hanki – Dzidka i Niunia [obie 17 l.]. Hanka, jej siostra i Niunia były ranne. Ruszyliśmy do szpitala, gdzie leżała Hanka.
Prowizoryczne szpitale wyrastały jak grzyby po deszczu; prawdziwych nie było, poza domem wariatów u Jana Bożego. Maltański już zajęli Niemcy. Podobno w czasie operacji nad pacjentem trzymano rozpięte prześcieradło, aby paprochy z sufitu nie wpadały do otwartej rany. W szpitalach ciężej ranni szybko umierali, a zdrowsi, jeśli nogi im pozwalały, uciekali przestraszeni czerwonką i smrodem oraz z obawy, że gdy Niemcy wpadną, wszystkich rozwalą. Dziwiłem się, że zmarłych wciąż chowano w ziemi, pomimo obstrzału. Grabarz nigdy nie mógł być pewien, czy nie kopał dołu dla siebie samego. Dlatego grzebanie stopniowo zanikało. Składano trupy na podwórkach i w ruinach, gdzie je jeszcze doprawiały granatniki. Ludność nikomu nie pozwalała palić pod kuchnią. Mówiono, że Niemcy rzucali bomby w dymiące kominy, jakby lotnik mógł zauważyć mały dymek, kiedy wokół setka domów płonęła.
Odszukaliśmy Hankę w piwnicy sądu. Oczu prawie nie było jej widać spod bandaża. Była przytomna mimo wielkiej rany na czole i połamanych żeber. Niuni i siostrze Hanki amputowano zmiażdżone ręce i nogi. Niunia już nie żyła, stan siostry Hanki poprawił się początkowo, ale umarła następnego dnia; nie dziwota, skoro głównym lekarstwem była przegotowana woda. Nikt nie chciał powiedzieć Hance o śmierci siostry i w końcu mnie wydelegowali z tą wiadomością, ponieważ byłem studentem medycyny. Z reakcji Hanki poznałem, że już się sama wszystkiego domyśliła. W połowie spazmu utknęła, jakby jej zabrakło siły na płacz.

Trudno opisać warunki panujące w tamtych dniach w prowizorycznych szpitalach polowych i punktach opatrunkowych w okresie walk: narastający brak wykwalifikowanego personelu, lekarstw, środków znieczulających i opatrunków, a nawet nadającej się do picia wody skutkujący rozszerzaniem się dysenteríi.

W takich miejscach, gdzie wśród jęków rannych i poparzonych, rodziła się rozpacz, bezsilny gniew, nienawiść, złorzeczenia, żal i pretensje, potrzeba było kapłana o szczególnej formacji duchowej - świadomego odpowiedzialności i gotowego do złożenia z siebie ofiary, aby - jak pisał - wydać siebie na całopalną ofiarę dla Ukrzyżowanego, z miłości. Jakże kojąco musiała wpływać obecność bł. Michała w tej atmosferze, tym bardziej, że wielu myślało tylko o sobie i własnym przetrwaniu. W sposób wyjątkowy, Błogosławiony troszczył się o rannych, zwłaszcza najciężej doświadczonych - gotowy na każde ich skinienie, prowadził, wierny powołaniu, dusze do Pana Boga. Wiedział, jak bardzo ranni, często ciężko okaleczeni, potrzebują świadectwa Bożej miłości. Sami zaś ranni - wg relacji - często prosili pielęgniarki, aby Błogosławiony, choć na chwilę, podszedł do ich łóżek. Zrozumiałe wreszcie, że gdziekolwiek pojawił się biały habit Błogosławionego powracał spokój ducha: dla każdego - jak wspominają świadkowie - miał słowa otuchy i nadziei. Żył w kręgu śmierci - jednych na śmierć gotował, innych odprowadzał na wieczny spoczynek.

Z ofiarnością wypełniał swoje zadania również wobec mieszkańców Stolicy: sprawował posługę konfesjonału i co ważne, lubiany i szanowany, taktem i dobrocią rozładowywał wybuchające w tych warunkach częste konflikty. Tam, gdzie się pojawił, miejscami stłoczona w nieludzki sposób ludność zamkniętego miasta, odzyskiwała poczucie bezpieczeństwa i spokój. Zwracał uwagę równowagą duchową i pogodnym - pomimo tak dramatycznej sytuacji, w jakiej znaleźli się mieszkańcy Warszawy - uśmiechem.

Epilog

W nocy z 5 na 6 września walczący wycofali się z Powiśla, ewakuując tzw. szpital "Alfa-Laval" (róg ul. Smulikowskiego i Tamki), w którym pozostało jedenastu ciężko rannych. Rankiem, modląc się żarliwie, odprawił ostatnią Mszę świętą, następnie pozostałym w szpitalu udzielił Komunii Świętej. Błogosławiony Michał pozostał z rannymi do końca: nie wycofał się z powstańczymi oddziałami, nie skorzystał również z możliwości ukrycia się przed Niemcami w stroju sanitariusza, choć było prawie pewne, że czeka Go śmierć.

Świadkowie wspominają, że ranni prosili Go, by nie odchodził - w jego obecności czuli jakby w sposób niewytłumaczalny spływał na nich spokój; wszyscy czuli się przy nim w tych ostatnich chwilach mniej samotni i bezpieczniejsi. Na propozycję wyjścia z miasta w ubraniu cywilnym, łagodnie się uśmiechnął i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych nie opuści, jak zawsze opanowany, spokojny, nawet pogodny, czuliśmy, że to ostatnie spotkanie. Świadom czekającego go i rannych wspólnego losu, myślał przede wszystkim o chorych, przygotowując ich na bliskie spotkanie z Bogiem. Mimo wejścia żołnierzy niemieckich do szpitala, Błogosławiony siedząc na krześle przed szeregiem leżących rannych odmawiał Różaniec święty - tę jakże bardzo dominikańska modlitwę. Przyjmuje się, na podstawie relacji świadków, że ranni wraz z ich kapelanem - bł. Michałem OP zostali zamordowani wczesnym popołudniem dnia 6 września. Miejsce pochówku Błogosławionego pozostaje nieznane.

W liście kondolencyjnym prof. dr med. Stefan Dąbrowski, pierwszy po II wojnie rektor Uniw. Poznańskiego napisał:

Kto znał tę piękną, jednolitą, wszelkich wahań pozbawioną duszę, pełną gotowości, ofiary i męstwa, ten nie mógł mieć żadnych wątpliwości, że rozkazu opuszczenia chorych Michał, nie wykona. Został z nimi, z ciężko rannymi on dawny żołnierz kresowy, sługa Chrystusa, pokorny a nieustraszony. Swoich cierpiących braci nie opuścił, lecz wytrwał przy ich łożu boleści wśród płomieni i gradu pocisków, dysponując na śmierć tych, których na pewno i sakramentami pasował na Chrystusowych w końcu żołnierzy. Taka była śmierć o. Michała i taką właśnie Bóg mu przeznaczył, ku chwale swej powołując go w takich właśnie okolicznościach.

Wśród zakonnych współbraci i znających go osób świeckich zaczął się wkrótce szerzyć jego kult jako człowieka świętego i męczennika. Metropolita krakowski abp Adam Stefan Sapieha powiedział, że Błogosławiony zginął spełniając święty obowiązek kapłański, prowadząc dusze do Pana Boga.

W pół wieku od męczeńskiej śmierci, Ojciec Michał został ogłoszony błogosławionym przez papieża Jana Pawła II jako kolejny męczennik II wojny światowej. Miało to miejsce w dniu 13 czerwca 1999 r., w Warszawie - mieście, za którego mieszkańców bł. Michał oddał swoje kapłańskie życie.

Modlitwa

Wszechmogący Wieczny Boże, Ty dałeś Błogosławionemu Michałowi siłę wiernego służenia Tobie na drodze życia zakonnego i obdarzyłeś Go pragnieniem zjednoczenia się z Tobą. Miłość do Ciebie udowodnił miłością do bliźnich, trwając przy nich mimo zagrożenia własnego życia. Za wstawiennictwem tego Błogosławionego dopomagaj Ojcze Niebieski gorliwie wykonywać nasze obowiązki. Niech to, co robimy, służy nam, uwzględnia potrzeby naszych bliźnich i prowadzi do zbawienia wiecznego.
Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Świadectwa

Swiadectwa o łaskach otrzymanych za wstawiennictwem bł. Michała OP, można przesyłać na adres:
Klasztor św. Józefa Ojców Dominikanów 
ul. Dominikańska 2
02-741 Warszawa